► Na przełomie lat 1970/1980-tych: „Stawałam w drzwiach kościoła, jak najdalej od ołtarza, i patrzyłam w głąb, koncentrując się na tym religijnym teatrum. Z czasem rozproszenie znowu zaczęło dawać o sobie znać. Potrzebowałam bardziej solidnego oparcia dla uwagi. Krok po kroku, z mszy na mszę, zaczęłam przesuwać się coraz bliżej ołtarza. Moja uwaga znalazła wreszcie solidny punkt oparcia. Wszystko było ważne. Patrzyłam na odsłonięty ołtarz i odkrywałam głęboki sens każdego jego elementu. Obrus, kielich, patena. Krzyż i świece. Symbole na ornacie. Wpatrywałam się i wsłuchiwałam w każdy element akcji liturgicznej. Słowa i gesty celebransa. Poszczególne, świadomie przeżywane, części Mszy świętej. Słowa czytań i słowa modlitw. Na odsłoniętym ołtarzu, podczas Mszy w języku, który rozumiałam – odnalazłam wreszcie Nieznajomego. „Pójdziesz tą drogą.” [Świadectwo]
► Jakieś dwadzieścia lat później, na początku wieku XXI ponownie bardzo wyraźnie zobaczyłam w liturgii kościelnej rodzaj teatrum, a było to w pewnej kaszubskiej wsi, w miejscowym kościele parafialnym. Podczas celebracji Triduum Paschalnego tak właśnie określiłam rutynową sprawność, z jaką młodzi ludzie przygotywywali scenerię tych celebracji, z jaką w tych celebracjach uczestniczyli, i z jaką potem porządkowali niektóre elementy tej scenerii. Obserwując ich pracę nie czułam wewnętrznego czy duchowego dyskomfortu. Oni po prostu w sposób bardzo sprawny, z pogodą ducha, organizowali przestrzeń do wspólnej modlitwy. Był to rodzaj teatrum, w którym uczestniczyli, i które technicznie wspomagali w taki sam sposób co roku. Pamiętam to wrażenie do dzisiaj. Miejsce przeżywania treści paschalnych celebracji znajdowało się nie w dekoracjach, nie w rutynie organizacyjnej, do której uczestnicy nie przywiązywali specjalnej uwagi, ale w ich – uczestników – duszach. Tak to odbierałam.
► W styczniu 2008 swoją notkę [Świadectwo] kończyłam słowami : „Lat kilka temu, Chrystus, tak bardzo dotąd obecny podczas sprawowania Mszy świętej, znów ukrył się przede mną. Niedawno odnalazłam Go ponownie. Rozpoznałam Go w modlących się obok mnie braciach i siostrach”, a potem, po ośmiu latach, w sierpniu 2016 w moich braciach i siostrach w wierze zobaczyłam „katolickie kołki”: „Tak wczoraj w duszy nazywałam swoich braci i siostry w wierze. Podczas niedzielnej Mszy Świętej w jednym z kościołów w moim mieście tak ich nazywałam. Zresztą nie pierwszy raz. /.../ Esencję tego, o czym mówię, widać w przekazywaniu znaku pokoju: w machinalnych machnięciach głową, w bezdusznych twarzach, w martwym wzroku. Ślepcy prowadzeni przez ślepców. Petenci prowadzeni przez urzędników. Tak, urzędnicy Pana Boga – to podobny temat.” [Katolickie kołki]
► Natomiast w roku 2026, a więc dziesięć lat po ostatnim spostrzeżeniu, dane mi było uczestniczyć w celebracji pamiątki Wieczerzy Pańskiej w moim mieście. Główny celebrans sprawnie odprawiał Mszę świętą, sprawnie wygłosił homilię, w której sprawnie objaśnił symbolikę następującego po homilii obrzędu obmycia nóg, po czym równie sprawnie ochlapał, wytarł – i może nawet ucałował – nogi dwunastu mężczyznom usadzonym na ten moment na „scenie”: w dwóch rzędach po dwóch stronach prezbiterium. Mężczyźni reprezentowali – jak sądzę – parafialną służbę ołtarza oraz jakieś przy-parafialne wspólnoty. Byli elegancko ubrani w ciemne garnitury lub w bialutkie komże. Założę się, że mieli porządnie wymyte nogi, pewnie poddane też jakiejś obróbce typu pedicure na tę okazję, żeby nie było wstydu przed celebransem odgrywającym wraz z nimi tę ewangeliczną scenę z Ostatniej Wieczerzy. Jednym słowem: teatrum. Scena, aktorzy, akcja.
Tyle, że tym razem wśród dwunastu „aktorów” wytypowanych do odegrania symbolicznych ról Apostołów, znalazł się niemłody już, dość już niedołężny, niepełnosprawny – niewidomy – mężczyzna, od bardzo dawna aktywny w Kościele, który nie dość, że nie miał na sobie ani czerni ani bieli, tylko jakąś zielonkawą znoszoną sportową kurtkę, to do tego poruszał się bardzo wolno, specjalną laską badając teren wokół siebie. Powoli, z trudem, zdjął buty i skarpety, i jako ostatni z dwunastu „aktorów” dostąpił zaszczytu obmycia nóg, będącego ewangelicznym symbolem wezwania Jezusa do służby bliźniemu, aby służyć sobie nawzajem tak, jak On uczynił, myjąc podczas Ostatniej Wieczerzy nogi obecnym tam Apostołom. Homilia głównego celebransa bardzo podkreślała ten służebny symbolizm i płynącą z niego naukę: mamy sobie nawzajem służyć pomocą!
I cóż się stało? Po zakończeniu „spektaklu” główny celebrans oraz pozostali kapłani wrócili na swoje tronowe miejsca „na ołtarzu”, mężczyźni w czerni sprawnie wrócili do pierwszej ławki w głównej nawie, mężczyźni w bieli usadowili się na swoich miejscach pod ścianami prezbiterium, pozostawiając na pustej wyludnionej „scenie” samego niewidomego, który wzrokowo wyłączony z tego, co działo się wokół niego, całkowicie osamotniony, na oczach całego kościoła z trudem powoli ubierał skarpety, na oczach kościelnej „widowni” z trudem wkładał i zapinał buty, i którego potem czekało samotne szukanie – za pomocą białej laski – drogi powrotnej ze „sceny” do głównej części świątyni*.
Nikt ze współ-aktorów w tym liturgicznym teatrum, włącznie z celebransami, nie raczył chociażby zaczekać aż realny żywy człowiek z krwi i kości, do tego o wiele mniej sprawny niż reszta uczestników tego „widowiska”, pozbiera się po „akcji scenicznej". Oni – każdy z nich – już odegrali swoje role i rólki. I celebransi, i panowie ubrani na elegancko. Odegrali scenkę, jak to trzeba służyć braciom, i zapewne zadowoleni ze sprawnego przebiegu „teatrzyku”, równie sprawnie wrócili na swoje miejsca. Ślepcy. Ślepcy prowadzeni przez ślepców. Mogę sobie wyobrazić, jak przepędziliby Jezusa, gdyby ten – „łamiąc szabat” – próbował swoją serdeczną współ-obecnością wesprzeć niewidomego, rozwalając im i tak już zakłócony „liturgiczny teatrzyk”.
* Co prawda jeden „elegancki” na samym końcu, już z kościelnej ławki, niby ruszył w stronę wychodzącego samotnie z prezbiterium niewidomego, ale gest ten nie tylko był spóźniony, ale i nie miał praktycznego znaczenia, gdyż pewna parafianka już wcześniej, przypadkowo wiedząc co się dzieje, stanęła i czekała na progu prezbiterium, żeby niewidomego odprowadzić na odległe miejsce na chórze, gdzie wspomagał paschalne śpiewy.
Definicja:
PS. Bodźcem do zabrania się za już wcześniej planowany temat TEATRUM było to przeżycie: [Mr Goby]
.