„Zasiadający w królewskiej szacie na tronie patrzy prosto w jej oczy tak, jakby poza nim i poza nią nikogo innego na świecie nie było, a ona poprzez ogrom dzielącej ich odległości widzi w pełnym miłości wzroku rozgwieżdżone niebo, pod którym nie raz przychodziło jej nocować u boku wiernego towarzysza, doświadczonego rycerza, który teraz gdzieś zniknął, i jeszcze widzi w tym wzroku bezmiar stepów, które pomiędzy zbrojnymi potyczkami nie raz konno przemierzała ze swym mistrzem, który był dla niej jak ojciec, i jeszcze widzi w królewskich oczach wszystkie stoczone bitwy, których kurzu nie zdążyła nawet zmyć z twarzy, i zastanawia się, skąd władca tej krainy tyle o niej wie.
Królewskie spojrzenie w cierpliwym oczekiwaniu łagodnie przytrzymuje jej spojrzenie przy swoim. Trwają więc tak, spojrzenie przy spojrzeniu, aż wreszcie zrozumie, aż wreszcie pojmie, że najbliższy towarzysz jej wszystkich życiowych potyczek i bojów jest w tej krainie - Królem! Nie wiedząc o tym, przez lata walczyła u jego boku o rozszerzenie jego królestwa. Ukryta zaś została w żelaznej zbroi, żeby Król swoje przybrane dziecko mógł pewnie przeprowadzić przez zasadzki, które na człowieka zastawia Bestia, i żeby swoją przybraną córkę mógł bezpiecznie przyprowadzić do bram swojego pałacu.” – [Oto bajka]
Przed chwilą, podczas krótkiej spontanicznej modlitwy – czyli myśli – kierowanej do Ojca w pewnej bieżącej – bardzo istotnej – sprawie, przypomniałam sobie tamtą dawną, i już nieco przeze mnie zapomnianą opowiastkę, która w jednej chwili wróciła do mnie, jakby działa się teraz. Ojciec, Syn, Duch Święty, Maria-Matka, ujmując proceduralnie, hierarchicznie. Albo ujmując procesyjnie: Jezus, Maria-Matka, w Duchu Świętym, prowadzą mnie do Ojca. Procesyjnie, albo inaczej – chronologicznie, jeśli o moje życie idzie. Tak, Jezus był w nim przed swoją Matką, i to On mnie do swojej Matki przyprowadził, poprzez pielgrzymki do Jej domu, których organizacja wynikała z moich ówczesnych obowiązków: oto Matka Twoja. A potem, i teraz, tak jakby przyprowadził mnie tutaj, gdzie jestem: oto Ojciec Twój. Co ciekawe, wyraz „Twój” pisze mi się dużą literą. Może dlatego, że mam w głębi świadomą pewność, że zarówno Ojca, jak i Matkę, dzielę – chociaż na nieco inny sposób – z Nim, czyli z Tobą, Panie. Tak, to się dzieje. Tak jakby – syntetyzują się różne wcześniejsze wątki mojej Drogi. [Syn w Ojcu]
Ojcze nasz -
[Bo mnie się wszystko z jednym kojarzy]
.